A czas płynie dalej…

DSC_0111Czwartek, dzień jak co dzień. Muszę jechać. Otwieram drzwi. Pies ochoczo wskakuje na tylne siedzenie. Też wsiadam, przekręcam kluczyk, silnik zamruczał z zadowoleniem. Tylko ja jestem jakiś niezadowolony z tego wyjazdu. Po kilku minutach wtaczamy się na asfalt. Skręt w prawo, zmiana biegu, dodaję gazu. Wyciągnięcie obrotów i kolejna zmiana – zapinam od razu piąty bieg. Słońce – świeci, wiatr milczy – piękna pogoda. Jest jedenasta, na drodze nie wiele samochodów. – Bajka nie kręć się, leżeć – mówię spokojnie. Przechodzi na przednie siedzenie i zwija się w kłębek.   Mijam dziewiąty kilometr, wychodzę na długa prostą. Zwalniam do osiemdziesięciu, zaraz będę w pobliskiej wsi, już widzę pierwsze zabudowania. Za chwilę przycisnąłbym znowu hamulec jednak słyszę huk, jeden potem drugi, silny ból w rejonie klatki, nic nie widzę. Czas jakby zwalnia. Mózg rejestruje wszystko co się dzieje, choć nie nadąża, czas się sprasował, wszystko dzieje się zbyt szybko, choć wrażenie – jakby zwolnił – co się stało, co się stało, co się stało, co się stało?  Brak poprawnej odpowiedzi. Widzę białą płaszczyznę przed sobą – opada powoli – przede mną pojawia się pajęcza szyba. Czas przyspiesza w oka mgnieniu, mózg wysyła informację – You lost! Słysze skowyt Bajki. Obracam gwałtownie głowę – boli – pies kręci się nieporadnie w kółko. Staram się ją uspokoić. Zsuwa się w nienaturalnie małą szczelinę pomiędzy siedzeniem, a popękanym kokpitem – milknie. Obie poduszki po jej stronie zwisają jak przekłute białe balony. Napieram ramieniem na drzwi, raz drugi, trzeci, coraz mocniej. Puszczają powoli z dźwiękiem wyginanej blachy. Staram się wysiąść. Zatrzymuje się jakiś samochód. Słyszę słowa – Lekarza! Potrzebny lekarz! Staję o własnych nogach na ulicy. Ktoś podchodzi. – Nic panu nie jest? –  Gdzie tu jest najbliższy lekarz weterynarz? – Pytam szybko w odpowiedzi. – Jest pan w szoku, spokojnie. – Tam jest pies – wskazuję na samochód. Rejestruję, że nie ma połowy przodu oraz prawego koła, zostało gdzieś piętnaście metrów z tyłu, z pod samochodu wylewają się strugami wszystkie płyny. Drugi mężczyzna zerka do środka i zaczyna grzebać w komórce. Dzwonimy po pogotowie weterynaryjne. Nie możemy jej wyjąć, nie możemy odgiąć pogiętych drzwi, chcę użyć całej siły, ale ból w klatce, ręce i w nodze na wysokości szybko puchnącego kolana – nie pozwala. Udało się, wołam – Bajka! Próbuje się podnieść wspierając na przednich łapach patrząc mi w oczy, obejmuję ją w pół. Jest! – Już leży na trawie, na poboczu, patrzy na mnie spokojnie, jakoś smutno ale z nadzieją, widać, ze chce walczyć o życie. Teraz nie pozwala się dotknąć. Dostaje zastrzyk. Jeden nie działa, dostaje drugi. Jedziemy do szpitala weterynaryjnego w Gdańsku. Adrenalina opada, ból się wzmaga. Ląduję też w szpitalu. Nieśmiertelnik wiszący na szyi wygiął się w kołyskę. – Tak ugięła się pańska klatka piersiowa – mówi lekarz. – Ma pan szczęście, nic nie pękło, ale mięśnie są obite jak kotlet schabowy. Dostaję zastrzyk przeciwbólowy. W piątek wracam do domu. Pusto. Nie mam odwagi zwinąć jej posłania. Cały czas mam wrażenie, że jednak wyjdzie z pokoju i wepchnie swój nos pod moją rękę – niestety – psi tęczowy most jest jednokierunkowy…choć opowiem ci bajeczkę… pssyt iskierka zgasła…

Bajka została znaleziona w lesie ósmego marca 2015 roku – wygłodniała i brudna – prawdopodobnie wyrzucona z samochodu przez właściciela. Przeżyła ze mną osiem miesięcy…DSC_0114


Produced by Uncategorized - 8 komentarze.

Wiesiołek na sałatkę dobry jest…

kwitnący wiesiołekJuż zaczyna kwitnąć wiesiołek. W Polsce rośnie go wiele odmian więc jak tu nie skorzystać z tego dziko rosnącego dobra. Jest go jak zwykle dużo, miejscami pokrywa całe łąki. Kwitnie wesoło, żółto.  Wiesiołek po ugotowaniu praktycznie cały jest jadalny; młode liście, pędy, kwiaty, korzenie, a nawet strąki i oczywiście nasiona. Jest jak się można domyślić zdrową rośliną, jego olej używany jest przy leczeniu stwardnienia rozsianego. Łagodzi też ukobiet napięcia okołomiesiączkowe. Obniża cholesterol oraz ciśnienie krwi. Wiesiołek jest też rośliną pszczelarską nadaje się do upraw na nieużytkach – dostarcza cennych pyłków. Kiedyś wiesiołek był w stałej diecie Indian. Smażyli liście, żuli nasiona, gotowali korzenie. Dzisiaj ja robię z niego sałatkę — przystawkę do obiaduGołąbki z podbiału. Danie główne to znowu gołąbki z podbiału tym razem z kaszą i grzybami — gołąbki z podbiału to jedno z moich ulubionych dań — jako dodatek ziemniaki i wspomniany wiesiołek w postaci sałatki. Aby zrobić sałatkę, wystarczy umyć sałatka z wiesiołekkorzenie, oczyścić, z bocznych korzonków pociąć w plastry i gotować około 15 minut. Następnie odcedzić, polać oliwą posolić można skropić octem. Do sałatki dodaję liście komosy wcześniej blanszowane niczym szpinak.


Produced by Uncategorized - 5 komentarze.

Jaskółcze ziele…

Jaskółcze zieleJaskółcze ziele — cóż to takiego? Najprościej mówiąc roślina z gatunku makowatych. Rośnie popularnie przy leśnych drogach i przychaciach. Kiedyś podstawowy zastosowaniem było leczenie problemów natury dermatologicznej jak pęcherze, krosty, kurzajki, pryszcze oraz grzybica i egzema. Aby usunąć kurzajki za pomocą jaskółczego ziela, należy zmiękczyć je ciepłą wodą z mydłem następnie natrzeć sokiem wyciekającym ze złamanej łodygi. Dzisiaj wiemy już, że jaskółcze ziele posiada wiele alkaloidów intensywnie działających na białka. Ich działanie powoduje rozkurczanie mięśni gładkich, regulując pracę układu pokarmowego, moczowodów, dróg żółciowych oraz rodnych. Tym samym, sok z jaskółczego ziela działa łagodząco na wszelkie skurcze, w tym bóle menstruacyjne. Posiada też działania grzybobójcze, bakteriobójcze, przeciw wirusowe. Nawet leki powstrzymujące rozmnażanie się wirusa HIV zawierają alkaloidy pozyskiwane z tego ziela. Na koniec można dodać, że posiada też działanie przeciwalergiczne.
Dzisiaj postanowiłem udać się do lasu, aby zebrać trochę tej rośliny i przygotować kilka mikstur. Nie będę opisywał jak to się robi, bo, jako i Paulo Coelho nie polecam wykonywania nalewek czy maści osobom nieznającym „wiccańsiej magii” ich tworzenia i stosowania.

Zgonie z zaleceniami lekarzy w stosowaniu jaskółczego ziela nie wolno, przedawkować, ponieważ jest to roślina silnie trująca. Jej spożywanie powinno odbywać się pod kontrolą lekarza. Dawka dobowa nie powinna przekroczyć 30mg alkaloidów tej rośliny.


Produced by Uncategorized - Brak komentarzy.

Proziaki, z czym to się je…

sodziaki

Sodziaki

W domu rzadko mam okazje robić proziaki. I to nie z tego powodu, że mi nie smakują tylko z braku możliwości technicznych. Prawdziwe proziaki można zrobić jedynie na blasze, i to na takiej jak w starych kuchennych piecach, opalanych drewnem. Ugniecione ciasto dzielono na części, wałkowano na palec i kładziono bezpośrednio na rozgrzaną płytę kuchenną. Nie posiadam takowego pieca, więc robię je na kamieniach, na ognisku. Oczywiście da się też je zrobić nad żywym ogniem, na grillowej patelni z dziurkami, ale kto takową będzie trzymał nad ogniskiem – chyba, że macie ruszt na którym da się to postawić. No, tak, ale cóż to są te proziaki? A no jest to smak dzieciństwa z wakacyjnego, wiejskiego, babcinego podwórka, są to placki podobne do podpłomyków, robione z dodatkiem prozy czyli sody oczyszczonej. Skład ciasta jest prosty; mąka, kwaśne mleko, łyżeczka sody i sól – niektórzy dodają jeszcze jajko. Będąc na dolnym śląsku nie omieszkałem wprosić się na proziaki do starej wiejskiej chaty. Co mnie zaskoczyło to, fakt, iż w środku był przepiękny ponad stuletni piec chlebowy i kaflowa kuchnia z dużą blachą do gotowania – tylko pozazdrościć. Na śląsku proziaki nazywane są też sodziakami i robione są również na słodko czyli zamiast soli dodawany jest cukier. Mnie najlepiej smakują tradycyjne, z solą, przecięte wzdłuż na pół i porządnie wysmarowane własnej roboty musem jabłkowym, obowiązkowo ze szklanką mleka. Choć nie kłóciłbym się, że te posmarowane masłem czosnkowym, czy nadziane maślakami prosto z patelni, są gorsze. Zwłaszcza jak proziak jest jeszcze ciepły, a masło się na nim topi uwalniając zapach czosnku. Jeszcze w tym roku mam zamiar powiększyć kuchnię, więc jeśli uda mi się zdobyć kuchenny stary piec kaflowy to na pewno znajdzie on tam swoje miejsce.

Warto spróbować !!!

 

Przepis:

– mąka 1kg
– sól płaska łyżeczka
– soda czubata łyżeczka
– zsiadłe mleko

 

Do mąki dodajemy sól i sodę i mieszamy nożem. Z solą ostrożnie, lepiej dodać jej mniej niż więcej, bo nawet minimalna zbyt duża ilość zepsuje smak. Następnie dodajemy zsiadłego prawdziwego wiejskiego mleka, najlepiej jak jest już mocno kwaśne. Mleka dodajemy tyle, ile mąka weźmie. Po wyrobieniu ciasta formujemy placuszki na grubość palca nie większe, bo podpłomyk i tak sam podrośnie. Tak przygotowane kładziemy na płycie pieca kuchennego – nie może być za gorąca, bo trzeba dać im czas na wyrośnięcie. Dobrze też jest, jak przed pieczeniem poleżą trochę na stolnicy, wtedy kładąc na płytę pieca, odwracamy je. 


Produced by Uncategorized - Brak komentarzy.

Krupnik z dzikiej kaszy…

Kasza z nasion babki

Kasza z nasion babki

Miałem dzisiaj ochotę na placki z jasnoty, ale ku mojemu zdziwieniu nigdzie w pobliżu nie znalazłem tej rośliny. Tak więc śniadanie przeszło koło nosa. Postanowiłem więc od razu zabrać się z obiad i wykorzystać do tego kaszę z babki zwyczajnej. Miałem jeszcze trochę nie oczyszczonej, akurat się przyda. Zacząłem gotowanie od porządnego obgotowania kości, musi to trwać niestety minimum godzinę. W międzyczasie przesiałem kaszę. Czynność ta polega na wsypaniu nasion do drobnego sitka i mieszaniu. Czarne nasionka, podobne do maku, ale znacznie mniejsze, będą wypadać bardzo szybko, jak są dobrze zasuszone to wystarczy potrząsanie sitkiem. Kiedy już oddzieliłem ziarna od plew obrałem dwa niewielkie ziemniaki, pokroiłem w kostkę marchewkę, obrałem przyniesionego z ogrodu średniego selera i też poszatkowałem na drobno. Skroiłem też cebulę oraz namoczyłem kilka kawałków suszonych grzybów. Pozostało teraz czekać, aż się nam mięsny wywar utworzy

Przesiana kasza

Przesiana kasza

. Miałem około godziny więc odważyłem składniki na chleb i machnąłem do maszyny. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że zupełnie nie pamiętam jak smakuje chleb ze sklepu i chyba nie chcę pamiętać tej wydmuchanej masy niewiadomego pochodzenia. W przyszłym roku, na wiosnę, postawię kamienny piec. Wtedy w maszynie będę tylko mieszał ciasto. Mając nadal jeszcze sporo czasu do mojego śniadania – obiadu poszedłem na dwór i obciąłem z krzaków chyba ostatnie w tym roku pomidory.Zostawiłem kilka zielonych ale, ale nie wiem czy przy tej zmiennej pogodzie i nocnym chłodzie zdążą dojrzeć. Zapach pieczonego chleba rozchodził się już po domu. Wrzuciłem do zupy wszystkie składniki i zamieszałem.

Krupnik z nasion babki

Krupnik z nasion babki

Jak ziemniaki będą miękkie będzie można przystąpić do egustacji. Aby przyozdobić zupę zerwałem trochę natki pietruszki i skroiłem na desce. Posprzątałem po gotowaniu, wyjąłem talerz i zaniosłem na taras. Wziąłem do ręki książkę „Odkrywcy” Boorstina i zagłębiłem się w lekturze. Pozycja nad wyraz ciekawa. Czytając nawet nie zauważyłem, kiedy piec dał sygnał, że dzieło skończone. Nalałem porządny talerz zupy i choć chleb był gorący nie mogłem sobie odmówić – ukroiłem grubą pajdę. Teraz życzę sobie smacznego i zabieram się do najprzyjemniejszej części – jedzenia.


Produced by Uncategorized - Brak komentarzy.

Beethoven zwariowany geniusz…

beethovenBeethoven urodził się w rodzinie muzyków. Dziadek był kapelmistrzem, ojciec – alkoholik – tenorem w kapeli dworskiej. Odkrywszy w Ludwigu talent pianistyczny, ojciec chciał zrobić z niego cudowne dziecko na wzór Mozarta. Często w nocy wracając z karczmy, budził syna i próbował dawać mu lekcje muzyki. Mozart prawdopodobnie również poznał się na Ludwigu. Miał powiedzieć kiedyś do dziewięcioletniego chłopca „twoje nazwisko zyska wielką sławę„. Kilka lat później piętnastoletni Beethoven pojechał do Wiednia uczyć się u Mozarta. Niestety nie trwało to długo. Zaledwie po dwu tygodniach śmierć matki sprowadziła go z powrotem do Bonn. Tutaj, nie mając pieniędzy, próbuje komponować, czym zwraca uwagę przebywającego przejazdem w Bonn Haydna. Muzyk zainteresował się Beethovenem po wysłuchaniu jednej z jego kantat. Zaprosił do Wiednia, proponując naukę. Za namową Waldsteina studia Beethovena w Wiedniu zgodził się sfinansować ówczesny elektor Bonn. Ludwig jednak nie był dobrym materiałem na ucznia, nauka szła jak po grudzie. Muzycy kompletnie się nie dogadywali. Haydn wprawdzie brał niewielkie pieniądze za lekcje, jednak Ludwig miał też wrażenie, że równie mało dostaje w zamian. W tajemnicy zaczął uczęszczać na zajęcia do mniej znanych mistrzów i w rezultacie ich drogi się rozeszły. Przed wyjazdem do Londynu Haydn poprosił, aby Beethoven swoje wczesne publikacje opatrywał dopiskiem „uczeń Haydna” Ludwig kategorycznie odmówił. Wprawdzie zadedykował mu później trzy sonaty fortepianowe, jednak zawsze utrzymując, że „nigdy niczego się odeń nie nauczył


W Wiedniu Beethoven czuł się wspaniale. Jego muzyka zyskiwała na popularności i już w rok po przyjeździe mieszkał w luksusowych apartamentach. Analiza prowadzonych przez niego notatek porównywanych z dziennikami Leonarda wskazuje, iż dążył do wypracowania jeszcze większej formy na podstawie prostych ciągle udoskonalanych elementów. Rywalizujący z nim pianiści mówili; „to nie człowiek – to diabeł! Przez niego wszyscy zagramy się na śmierć!” Jeszcze większy wzrost zainteresowania muzyką Beethovena nastąpił podczas pierwszych wykonań Eroicy w 1804 roku. I tu należy się cofnąć w czasie i przypomnieć, że Beethoven zaczął słyszeć dzwonienie w uszach, mając dwadzieścia osiem lat. Od tego momentu jego głuchota zaczynała postępować w zawrotnym tempie. W 1802 roku dwa lata przed wydaniem Eroicy Beethoven sporządza list do braci zwany testamentem heligenstadzkim – brzmi on jak list samobójcy. Załamanie jednak minęło i ku zaskoczeniu przekształciło się w energię twórczą. Im większe spustoszenia w organizmie robiła choroba, tym większy w nim objawiał się geniusz, a siły twórcze rosły. Wprawdzie nie mógł już występować jako pianista, jednak czerpał dochody ze sprzedaży i publikacji swoich dzieł. Twierdzono, że to nie wyobrażalne, „ale muzyk musi słyszeć całą orkiestrę w swojej głowie”. W takich właśnie okolicznościach w roku 1804 dochodzi do premiery Eroicy jednego z najwybitniejszych dzieł twórcy. Ciekawostką jest, że pierwotnie tytuł utworu brzmiał „Bonaparte” jednak kiedy Ludwig dowiedział się, że Napoleon obwołał się cesarzem, wpadł w szał. Podarł pierwsza stronę, mówiąc; „a więc on też okazał się zwykłym śmiertelnikiem!


Wprawdzie postępująca głuchota nie zniszczyła talentu, jednak doprowadziła do tego, że Beethoven całkowicie odsunął się od ludzi, zamknął w swoim świecie muzyki. Wszystko inne traciło na znaczeniu do tego stopnia, że nieliczni goście Beethovena byli zaskoczeni jego niechlujstwem i kompletnym nieprzywiązywaniem wagi do porządku. Odwiedzający go Karl von Weber zastał zakurzony fortepian, porozrzucane po podłodze nuty, nieposłane łóżko, stertę prania i wyszczerbiony serwis do kawy na stoliku. Rossini wielbiony przez Beethovena za swojego „Cyrulika sewilskiego” opowiadał Wagnerowi, że kiedy zajrzał do Beethovena, aby złożyć podziw dla jego talentu rozmowa była krótka, Beethoven przeczytawszy słowa, które skreślił, westchnął i wypowiedział jedno słowo „Oh, un infelice„. Ludwig wielbiąc literaturę i sememu będąc muzykiem tak naprawdę nie utrzymywał zażyłych kontaktów ze środowiskiem artystów i intelektualistów. Przedstawiciel klasyki weimarskiej Goethe marzył, aby spotkać Beethovena, tym bardziej iż ten wyrażał się o jego poezji z najwyższym uznaniem. Do spotkania doszło w Cieplicach Goethe był rozczarowany dotknęła go arogancja Ludwiga – napisał:

Jego talent jest doprawdy zdumiewający; niestety natura obdarzyła go też nieposkromionym temperamentem i choć jego nienawiść do świata da się zapewne wytłumaczyć nie jedną przyczyną, utrudnia życie zarówno jemu, jak też i innym osobom.

Jednak mimo antypatii, jaka zaczynał wzbudzać swoim zachowaniem, jego pozycja była na tyle silna, że kiedy zaczął podejrzewać Salieriego o spisek – rozjuszony jego intrygami i knowaniami – zagroził opuszczeniem Wiednia. W rezultacie podpisano z nim umowę, w której zgodzono się na warunki Beethovena w tym również na dożywotnią rentę 4 tysięcy florenów. Beethoven w zamian zobowiązał się, że nigdy nie opuści Austrii.

Czego dokonał Geniusz? – Beethoven uczynił z muzyki nie tylko oprawę a temat, nadał jej w przedstawieniu wymiar nadrzędny. Sprawił, że muzyka przestała służyć wyłącznie jako tło do kościelnych przedstawień uroczystości i ceremonii dworskich, urosła do rangi sztuki emocjonalnej. Hector Berlioz, który uważał Beethovena za swojego mistrza, powierzył w symfonii dramatycznej romeo i Julia dialogi kochanków rozgrywające się w ogrodzie i na cmentarzu nie śpiewakom a orkiestrze. Wagner zaś powiedział; gdyby nie Beethoven nie stworzyłbym tego, co do tej pory skomponowałem.

Ludwig van Beethoven porozumiewał się z otoczeniem za pośrednictwem zeszytów, zwanych dzisiaj konwersacyjnymi, były ich setki – 400 z nich odziedziczył jedyny przyjaciel Beethovena Stefan Brauning. Znali się od dziecka, mieszkali razem w Bonn. Stephan był lojalnym przyjacielem Beethovena, znosił jego dziwactwa i często złe traktowanie. Można śmiało powiedzieć, że był to najlepszy i chyba jedyny przyjaciel Beethovena, jakiego kiedykolwiek miał. Brauning zmarł zaledwie dwa miesiące po pogrzebie Beethovena. Według syna przyczyniła się do tego trauma, jaką przeżył, biorąc udział w aukcji dzieł Beethovena.

Ernesto Cortazar skomponował utwór, dedykując go głuchemu mistrzowi. Nadał mu wymowny tytuł Silence


Produced by Uncategorized - 1 komentarz.

Jack King…wywiad z pisarzem

Promocja książki Jack King

Promocja książki „Piąta Międzynarodówka”

„Ameryka nie jest gotowa zaakceptować faktu, że Amerykański rząd i CIA winne są powstaniu AL Kaidy i zbombardowaniu World Trade Center w dniu 11/9″  – A Literary Agent.

Tak komentował książkę „Piąta międzynarodówka” jeden z agentów literackich.

Autor Powieści Jack King pracował jako tajny kurier rządowy. Efektem tej pracy był debiut powieściowy pod tytułem Piąta Międzynarodówka. Powieść została przetłumaczona na kilka języków, nominowana do prestiżowej nagrody Edgara. Dzisiaj Jack ma na swoim kącie już kilka innych poczytnych książek.

Mieszka w Kanadzie. Jest członkiem International Thriller Writers. ITW jest organizacją zrzeszającą autorów powieści sensacyjnych, i zajmującą się propagowaniem tego popularnego gatunku powieściowego.

Od gry w klubie piłkarskim (obrona), przez zdobycie zielonego pasa w Kyok-sul (Północno Koreański styl walki popularny w armii tego kraju), po studia medyczne i inżynierskie, do bycia kurierem tajnych przesyłek dla największych notabli w kraju, i gry w kotka i myszkę z żandarmerią wojskową, Jack zbierał materiał życiowy, który znalazł swoje odzwierciedlenie w pracy pisarskiej..

Jack king2

Dzisiaj zapraszam do zapoznania się z wywiadem, którego udzielił mi Jack King w grudniu, tuż przed nowym rokiem…

Kiedy zapoznałem się z wywiadami jakich udzieliłeś, odniosłem wrażenie, że unikasz odpowiedzi na następujące pytania:
Czy Prezydent USA w Twojej powieści to George W. Bush? Czy Zbigniew Penski to Zbigniew Brzeziński? Opisałeś zabójstwo generała policji przed jego domem…czy to generał Papała? Podobnie jest z Piotrem Jaroszewiczem. Czy tym razem też odpowiesz tak samo?

Jack King: Pytasz o prawdę w powieści i do tego w powieści szpiegowskiej, czyli prawdę w szpiegostwie, co jest oksymoronem. Szpiegostwo to sztuka iluzji. Gdybyś pytał, a ja pisał, że czterdzieści albo trzydzieści lat temu, zanim w umowach o pracę pojawiły się klauzule o zachowaniu tajemnicy, wówczas moja odpowiedź byłaby, być może, inna. Dzisiaj mamy dwa rodzaje autorów powieści szpiegowskiej. Jedni piszą, o czym opowiedzieć nie mogą. Drudzy piszą, o czym nie mają pojęcia. W obu przypadkach powieść musi dostarczyć rozrywkę, odskocznię od codzienności, gdyż tego wymaga czytelnik. Nie znaczy to, że autor zmuszony jest zmyślać, musi jednak koloryzować szarość dnia codziennego, gdyż taką wydaje się prawda. Powieść szpiegowska, pretendująca do miana zwierciadlanego obrazu rzeczywistości, wymaga czytelnika umiejącego czytać między wierszami obłudy. Taki czytelnik znajdzie odpowiedź na kwestie zawarte w Twoim pytaniu i zdopinguje autora do dalszej pracy.

Świetnie to ująłeś, sam otrzymuję podobne pytania, dotyczące jednej z moich powieści. Teraz już wiem jak odpowiadać. Na marginesie – jak mi się wydaje – ja umiem czytać między Jack King3wierszami obłudy… Przejdźmy do kolejnego pytania. W drugiej książce opisujesz istniejącą Grupę Bilderberg. Przypomnijmy, że w jednym z wywiadów powiedziałeś: Bilderberg powstał w 1954 roku. Jednym z głównych założycieli był, zmarły niedawno, Książę Bernhard z Holandii. Nazwa grupy pochodzi od nazwy hotelu, w którym nastąpiło pierwsze, założycielskie spotkanie. Członkami Grupy są między innymi: Giovanni Agnelli, David Rockefeller, Otto Wolff von Amerongen, Romano Prodi, Edmond de Rotschild… Grupa skupia prezesów banków centralnych najbogatszych krajów, przemysłowców, prezesów międzynarodowych korporacji, arystokrację, polityków. Pikanterii corocznej konferencji dodaje fakt, że treść spotkań jest całkowicie tajna. Jeśli połączy się to z takimi ‚zbiegami okoliczności’ jak zaproszenie na konferencję gości, którzy wkrótce potem obejmują najwyższe funkcje państwowe w swoich krajach, jak na przykład Bill Clinton (‚wybrany’ prezydentem), Tony Blair (‚wybrany’ premierem), Lionel Jospin (‚wybrany’ premierem) George Robertson (mianowany sekretarzem generalnym NATO), itd, to mamy doskonały temat do powieści.

Czy nie obawiasz się opisywać działalność takich zorganizowanych grup, zakładając istniejące prawdopodobieństwo, że to prawda?

Jack King: Prędzej obawiałbym się byłych pracodawców. Grupa Bilderberg sama dostarcza pisarzowi wolną rękę, bagatelizując znaczenie tajnych spotkań największych bonzów biznesu, polityki, i wojskowości, a które z reguły poprzedzają znaczące wydarzenia, jak choćby niespodziewane a wysokie promocje drugorzędnych, czy wręcz miernych polityków, lub decyzje ekonomiczne o znaczeniu regionalnym i światowym, odżegnując się od jakichkolwiek pomawiań o spisek, nawet dementując sam fakt spotkań, pomimo istniejących dowodów. Dodaj do tego opiekę wojskowych służb specjalnych wokół obiektów, w których odbywają się spotkania, brak dziennikarzy, i milczenie prasy, a nie zdziwi, że stanowią one pożywkę pisarską, żyzną glebę dla różnych ‚teorii spiskowych’. Będąc autorem powieści o nieistniejącej-istniejącej grupie tym samym nie wydaję oficjalnych tajemnic i wątpię, abym miał otrzymać powód do obaw, gdyż stałoby się to potwierdzeniem istnienia Grupy, negowaniem długotrwałych zaprzeczeń.

Jack king4Ok. to może teraz popatrzmy na Twoje podwórko pisarskie. Jak wygląda Twój warsztat pracy? Czy wpisujesz się w stereotyp pisarza siedzącego za biurkiem, ze stertą papierów, książek i niezliczoną ilością wypijanych kaw? Jak wygląda Twoje otoczenie podczas tworzenia, co pomaga, co przeszkadza itp.?

Jack King: To rzeczywiście stereotyp. Jestem pewien, że istnieje tyle warsztatów pracy, ilu jest pisarzy. Wystarczy zajrzeć do wywiadów, pamiętników itp. Niektórzy oddają się całemu rytuałowi, od zapachów, po dźwięki, ulubione fotele, muzykę, ołówki, itp. Sądzę, że więcej w tym pozerstwa niż autentycznej konieczności. Tak naprawdę liczą się warunki zapewniające koncentrację. Pisanie to jest praca, ciężka i często niewdzięczna, zwłaszcza gdy stwierdzimy, że nie da się tak pisać, aby zadowolić każdego czytelnika. Inna sprawa, czy powinno się pisać dla przyjemności odbiorcy, czy dla wywołania uczuć przeciwnych? Powiem przewrotnie, że wolę kogoś rozzłościć, niż dostarczyć tylko przelotną rozrywkę. Rozrywka jest przejściowym zabiciem czasu, złość pozostawia bardziej długotrwały ślad, a który autor nie chce zapisać się na dłużej w ludzkiej pamięci? Wracając do pytania, mój warsztat pracy nie istnieje w formie zorganizowanej. Pracuję regularnie, gdziekolwiek się znajduję: przy biurku, na kanapie, na trawie, w hotelu, na leżąco, i na stojąco, a często wybieram właśnie postawę stojącą ze względu na potrzebę zachowania kondycji fizycznej. Jednak powyższe to tylko zewnętrzne objawy pracy. Najważniejsza odbywa się w głowie. Cokolwiek robię, mój umysł stale pracuje: szlifuję fabułę, charakterystykę bohaterów, planuję dalsze wydarzenia itd. Pisarz nigdy nie odpoczywa, nie ma wakacji. To przekleństwo mające wpływ na życie towarzyskie i psychiczne.

Zaskoczyłeś mnie, tą postawą stojącą przy pisaniu. Coś takiego nie wpadłoby mi do głowy – to interesujące. Teraz zapytam Cię o pewien rodzaj emocji. Czy kończąc pisać książkę, masz wrażenie, że coś się skończyło, żal, może pustkę? Jak to czujesz Oddawanie innym cząstki siebie?

Jack King: Zdecydowanie coś się kończy, ale i coś zaczyna. Jestem jednym z tych autorów, którzy jednej powieści poświęcają parę lat pracy, a więc i życia. Nawiązując do wcześniejszego pytania, skoro pisarz pracuje stale, nawet gdy nie objawia się to zewnętrznie, np. stukaniem na klawiaturze, to „kończąc” powieść zamyka pewien okres życia. Mówię o zakończeniu w cudzysłowie, ponieważ nie jestem przekonany, że jakąkolwiek historię można skończyć. Przecież powieść jest zwierciadłem życia, a wypadki, które opisujemy, mają wpływ na dalsze wydarzenia. Koniec jest więc umowny, zakreśla tylko granicę opowiedzianych zdarzeń. Z praktycznego punktu widzenia, autor musi napisać kiedyś „Koniec”, jeśli chce zabrać się do następnej pracy. Tak jest i w moim przypadku. Mam w głowie pomysły, które czekają na swoją kolej, a więc zakończenie jednej pracy, daje początek następnej.

Teraz zaatakuje Cię innym pytaniem. Czy w byciu pisarzem jest wpisana samotność – jak sądzisz?

Jack King: To stereotyp. Nie mylmy samotności ze spokojem, który może wymagać odosobnienia. W moim przypadku samotność w twórczości to umiejętność wyciszenia bodźców zewnętrznych, wywołania stanu umysłowego pozwalającego skoncentrować się pomimo rozgardiaszu, jakim jest otaczający świat. Żaden pisarz nie może istnieć w samotności, bo skąd brałby materiał do pracy? Dla osób postronnych pisarz może wydawać się odludkiem, ale to tylko wynik stałej pracy, w każdej sytuacji, „nieobecności” emocjonalnej i towarzyskiej. Nie na darmo mówi się, że pisarz stanowi złą partię matrymonialną, co jest wynikiem wspomnianej wyżej potrzeby odosobnienia emocjonalnego.

Chwała więc rodzinom i znajomym, ludziom, którzy potrafią znosić te momenty, w których autor ucieka do innego, swojego świata. Zapytam teraz: Co według Ciebie jest najtrudniejszą stroną pisania, a co tą najprzyjemniejszą?

Jack King: Najtrudniejszym i zarazem najprzyjemniejszym jest sam proces tworzenia, a więc odkrywanie siebie i przekazywanie światu. Powieść jest formą twórczości, która pozwala nam być sobą pod przykrywką „zmyślonych” postaci. Jak ktoś powiedział: Powieść to kłamstwo, którym posługujemy się, żeby powiedzieć prawdę. Najtrudniej jest przełamać mur, który budujemy wokół siebie na co dzień, i całe życie. Najprzyjemniejszym jest widzieć tworzoną z jego cegieł budowlę o szeroko otwartych drzwiach, przez które wchodzą czytelnicy.

To teraz z innej beczki. Kiedy poczułeś, że stałeś się pisarzem?Jack King5

Jack King: Nie potrafię odpowiedzieć definitywnie. Wydaje mi się, że zawsze wiedziałem, że nim jestem. Jak daleko sięgam pamięcią, tak widzę siebie tworzącego jakieś historie, nie koniecznie na papierze. Nigdy nie zadawałem sobie pytania, czy kiedyś zostanę pisarzem? Istniała tylko kwestia, kiedy i o czym napiszę pierwszą powieść? Życie dostarczyło niezbędny materiał. Pewnego dnia zwyczajnie „otworzyłem żyły i wylałem” Piątą Międzynarodówkę.

Czy pracujesz obecnie nad jakąś książką? Jeśli tak, to czy uchylisz rąbka tajemnicy i coś o niej możesz powiedzieć?

Jack King: Oczywiście, stale przeżuwam w myślach tematy, z których może coś powstać. To jest proces tworzenia. Nie rozmawiam jednak o projektach ani bieżącej pracy.

Ok. To zapytam. Czy jest szansa, że zostanie wydana w Polsce?

Jack King: To pytanie dla wydawców i raczej dla Polskich niż północnoamerykańskich. Zauważ, że Amerykański rynek wydawniczy jest hermetycznie zamknięty, jak chyba żaden inny – mniej niż 3% dostępnych tu książek to przekłady, co oznacza, że nie przykłada się tu wysiłku do tłumaczeń.

Już o tym wspominałeś, ale chciałbym dopytać. Czy masz jakiś konkretny plan dnia, w którym mieści się czas na pisanie powieści, czy raczej są to luźne godziny pracy?

Jack King: Najważniejsze to pracować. Nie mam stałych godzin i nie są dla mnie niezbędne, nie mówiąc o tym, czy warunki na to pozwalają, ale dawno przekonałem się, jak ważnym jest regularna praca. Nie chodzi mi tylko o to, że przerywając, gubimy wątek, lub wytracamy „pęd”. Pisarstwo to nie tylko natchnienie, ale przede wszystkim praca. Jak w każdej pracy, z czasem opanowujemy ją w lepszym stopniu. Im więcej czasu jej poświęcamy, tym bardziej rozwijamy swoje umiejętności, pewność siebie. Nie wszystko pisanie powstaje z myślą o publikacji, ale każda myśl poświęcona praktyce pisania czyni proces tworzenia tym sprawniejszym; nie należy jednak sądzić, że pisania powieści można wyuczyć się jak każdego zawodu. Każda nowa książka, pretendująca do miana oryginalnej, wymaga odrzucenia wyuczonych lekcji, w przeciwnym razie stajemy się tylko kopistami, klonujemy siebie.

Interesuje mnie, jak patrzysz na literaturę w ogóle. Czy jest jakiś gatunek, którego nie lubisz np. powieści fantastycznych, czy obyczajowych? Jaka jest Twoja ulubiona książka?

Jack King: Czytam prawie wszystkie gatunki literackie, ale nie wszystkie książki danego gatunku. Unikam formułek, co oznacza większość książek tzw. gatunkowych, tworzonych według szablonów. Lubię zaskoczenie, nie tyle w fabule, ile w konstrukcji i przekazie myśli. Niestety świat wydawniczy zbyt rzadko wychodzi mi naprzeciw. Wydawcy preferują to, co się sprawdziło, poszukują nowych inkarnacji ustalonych przebojów. Prowadzi to do zalania rynku sklonowanymi utworami, które nie wnoszą nic nowego do gatunku, ani do rozwoju literatury. Moje ulubione książki z reguły zajmują biegun przeciwny tzw. bestsellerom, to książki stawiające pytania, a nie oferujące łatwe odpowiedzi i obiegowe opinie. Każdy posiada opinie, lecz niewielu zadaje pytania. Autor, który pyta, tym samym odkrywa, prowadzi nas, czytelników, w przygodę.

Jack king 9To może teraz przejdźmy do spraw technicznych, myślę, że zainteresuje to wszystkich stawiających pierwsze kroki.  Jak wygląda praca z korektą i redakcją w wydawnictwach?

Jack King: Autorowi potrzebny jest redaktor, to jest ktoś niezaangażowany emocjonalnie w dzieło, które zrodził. Kiedy pracujemy nad czymś z intymnością, jaka istnieje między autorem i jego dziełem, tracimy niezbędny dystans, niejako w zaćmieniu, nie zauważając co dla osoby postronnej, staje się oczywiste. Mam tu na myśli uwagi techniczne, jak i merytoryczne. Interpunkcja, gramatyka, itp., nie wymagają udziału autora, ale, np. (posłużę się ekstremalnym, ale autentycznym przypadkiem pewnego kolegi po piórze) zmartwychwstały bohater, który zginął kilkadziesiąt stron wcześniej, oznacza powrót do redakcji, którą wykonać może tylko autor. Pewnego rodzaju redaktorem może też być czytelnik „testowy”, któremu pokażemy wczesną wersję książki, w zamian za uwagi w rodzaju: zbyt wolne tempo, charakterystyka bohatera nie odpowiada jego działaniom, nudne, lub niepotrzebne rozdziały itp. Jakkolwiek by było, wydawnictwo z pewnością zechce dodać coś od siebie, a po zakończeniu korekty, prześle manuskrypt do autora w celu zatwierdzenia zmian.

Czego trzeba dokonać, aby zostać członkiem International Thriller Writers?

Jack King: Należy opublikować thriller w tzw. „tradycyjnym” wydawnictwie, czyli nie własnym sumptem, i bez współfinansowania.

Wejdźmy teraz na inny grunt. Jak to jest żyć z taką przeszłością, czy nie jest tak, że to właśnie głębia przeżyć i ich niecodzienność powodują chęć pisania? Podobno ludzie pracujący w takim, nazwijmy to „fachu”, mają wewnętrzną chęć wylania tych wydarzeń, które przepełniają ich „wcześniejsze” życie. Sam chyba znam odpowiedz na to pytanie, gdyż podobnie jak Ty byłem blisko prezydentów i ministrów różnych państw, m.in. ochraniając ich. Jednak na pewno czytelnicy chcieliby usłyszeć to z Twoich ust.

Jack King: Z oczywistych względów nie możemy rozpowiadać wszem wobec o naszej pracy. Intensywność przeżyć gotuje się w nas, kipi, aż w końcu musi wypłynąć. Niewiele osób potrafi zakorkować w sobie takie ciśnienie, bez ujemnego wpływu na stan psychiczny. Pomijając sam fakt posiadania przez nas niecodziennych doświadczeń, intrygujących dla potencjalnych czytelników, pisanie posiada właściwości terapeutyczne, i nie jest to wyłącznym odkryciem zajmujących się twórczością, ale naukowym stwierdzeniem psychologów. Jako autor i czytelnik, chciałbym nie, tylko aby więcej osób z „branży” podjęło wyzwanie, tym samym zaspakajając mój apetyt czytelniczy, ale i żeby podzielić się doświadczeniami w literackim sensie, tj. tworzyć i propagować gatunek, w którym dotychczas prym wiodą autorzy niezwiązani z pracą, o której piszą, tworząc bardzo koślawy, a nawet fałszywy jej obraz.

Ponieważ jak wiesz, sam piszę powieści, chcę Ci wykraść pewne informacje. Czy pisząc, wpadasz w „prędkość pisania” i w galopie myśli
kreślisz słowa, bez zwracania uwagi na błędy i poprawność zdań, później je głaszcząc, czy od razu, powoli z rozmysłem układasz wszystko w logiczną całość?

Jack King: To warsztatowe pytanie, na które każdy autor musi znaleźć własną odpowiedź. W moim przypadku, jeśli mam na tyle szczęścia, że trafię na wenę twórczą, to robię, co mogę, żeby jej nie przerwać. Nie zatrzymuję się nad brakującym słowem, lecz prę dalej, kontynuując myśl, najwyżej pozostawiając tylko znaczek przypominający mi o konieczności wstawienia poprawki. Równocześnie nie korzystam z autokorektorów i sugestii ortograficzno / gramatycznych, gdyż zakłócają one koncentrację. Są przecież takie dnie, kiedy nie wiemy jak poprowadzić dalej powieść i wówczas powracam do wcześniejszych stron, czyniąc poprawki, co często pomaga wywołać stan umysłowy prowadzący do iskry wyzwalającej impuls do dalszej pracy.

Z tego, co mi wiadomo, podobnie jak ja, miałeś w swojej pracy – przypomnijmy – tajnego kuriera rządowego – styczność z prezydentem Kwaśniewskim. Ciekawi mnie czy jest coś, co możesz nam opowiedzieć i opisać, co oczywiście nie wykracza poza klauzulę tajności?

Jack King: Za czasów mojej służby Aleksander Kwaśniewski był jeszcze niewiele znaczącym ministrem. Zarazem były to czasy przełomowe w skali ogólnoświatowej. Co chciałbym o nich opowiedzieć, a co mogę, i co, z pisarskiego punktu widzenia nadaje się do opisania, to różne sprawy. Pisarz winien pisać, aby poruszyć emocje czytelników, ale nie kierować się emocjami w wyborze i rozwoju tematu. Nie fabuła tworzy bohaterów powieści, lecz bohaterowie sterują kierunkiem wydarzeń (pomimo że w życiu z reguły bywa na odwrót). Autor nie powinien zaćmić bohaterów, w ogóle nie powinien być obecnym. Jednocześnie warto dodać, że każdy bohater zawiera jakąś cząstkę autora. Nie sądzę więc, żeby dla czytelnika istotnym było, z kim autor się stykał, i nic tu nie nie zmieni lista nazwisk ministrów, premierów, lub ambasadorów, lecz jak suma naszych doświadczeń owocuje w opowiedzianej historii. Zresztą, czy byłbym „tajnym” kurierem, gdybym nie posiadał cechy pozwalającej mi zachować tajemnicę?

Nie jeden pomyśli, że odpowiadasz jak Polski  polityk czyli obok tematu, ja widzę zawodowca – nie udało mi się nic z Ciebie wyciągnąć więc ostatnie pytanie: Jaka pogoda jest w Kanadzie i kiedy będzie można Cię odwiedzić.

Jack King: Czy trzaskający mróz, czy zapierająca dech, tropikalnie parna, kanadyjska pogoda jest zawsze dogodna do pisania, lub, jeśli wolisz, nie ma znaczenia, gdyż nie możemy być od niej zależni. Pisarze tworzą pod każdą szerokością geograficzną. Nie ukrywam jednak, że kanadyjska przestrzeń pozwala uciec od zgiełku, ukryć się w lasach na tyle głębokich, że jedynymi sąsiadami są niedźwiedzie i łosie, i tylko ich wizyty toleruję podczas pracy, a poleruję 1200-stronicową trylogią szpiegowską.

I tego Ci zazdroszczę. No, to chwilowo nie mam po co wybierać się do kanady :-) Dziękuję za rozmowę i możliwość jej opublikowania. Owocnej pracy życzę, czego życzą Ci zapewne wszyscy czytelnicy.

 


Produced by Uncategorized - 7 komentarze.
error: Content is protected !!